piątek, 29 marca 2013

Jak to działa?

Dwa dni temu jechałam do sądu. Nic wielkiego, drobna urzędnicza sprawa, ale po raz trzeci w swoim życiu (raz rozwód, raz w roli świadka) miałam być na sali sądowej. I co mój umysł mi podsuwał? Ano rozmaite scenariusze i dialogi prowadzone z sędzią, znakomite riposty i odpowiedzi na nieprzyjemne pytania. Napięcie we mnie rosło, węzeł w brzuchu twardniał. Zaraz, zaraz...
Głęboki oddech, rozluźnienie karku i STOP! Popatrzyłam na usilną pracę mojego umysłu z boku, tak, jakbym obserwowała to z pewnej odległości. W jednej chwili poczułam spokój i ulgę.

Na salę weszłam z niewielkim stresem, wynikającym raczej z miejsca, stresem, którego poziom był przydatny w tej całej sytuacji. A sprawa nie zakończyła się dla mnie pomyślnie, co nie popsuło mi reszty dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz