piątek, 29 marca 2013

Jak to działa?

Dwa dni temu jechałam do sądu. Nic wielkiego, drobna urzędnicza sprawa, ale po raz trzeci w swoim życiu (raz rozwód, raz w roli świadka) miałam być na sali sądowej. I co mój umysł mi podsuwał? Ano rozmaite scenariusze i dialogi prowadzone z sędzią, znakomite riposty i odpowiedzi na nieprzyjemne pytania. Napięcie we mnie rosło, węzeł w brzuchu twardniał. Zaraz, zaraz...
Głęboki oddech, rozluźnienie karku i STOP! Popatrzyłam na usilną pracę mojego umysłu z boku, tak, jakbym obserwowała to z pewnej odległości. W jednej chwili poczułam spokój i ulgę.

Na salę weszłam z niewielkim stresem, wynikającym raczej z miejsca, stresem, którego poziom był przydatny w tej całej sytuacji. A sprawa nie zakończyła się dla mnie pomyślnie, co nie popsuło mi reszty dnia.

niedziela, 24 marca 2013

W drodze...

Jakieś dwadzieścia lat temu zainteresowałam się rozwojem wewnętrznym, żeby nie powiedzieć duchowym, bo to brzmi bardzo poważnie. Życie mi dopiekło, drugi rozwód, mąż alkoholik, samotne zmaganie się z rodzicielstwem, praca w bardzo konkurencyjnym środowisku. Nie potrafiłam sobie poradzić z tym potwornym zamieszaniem we mnie. Skorzystałam z pomocy psychologa. I tak to się zaczęło, to moje poszukiwanie i naprawianie siebie samej.
Teraz, po przejściu rożnych dróg, po przeczytaniu tony książek, po wielu przemyśleniach i medytacjach, wiem tylko jedno: chciałabym osiągnąć równowagę pomiędzy rozumem a sercem. Rozumem, który jest mi potrzebny do rozwiązywania kolejnych sytuacji życiowych i sercem, które jest drogą do Źródła.  
Przez dom rodzinny byłam karmiona wiedzą przekazywaną z pokolenia na pokolenie, ze wszystkimi bzdurami (pokorne ciele dwie matki ssie - wbijała mi do głowy mama), ale także ze wszystkimi mądrościami (w miłości nie rozmieniaj się na drobne - mawiał mój tata); w szkole i na studiach dostałam kolejną porcję bezużytecznych informacji (ekonomia polityczna socjalizmu), ale też na szczęście kilka pożytecznych (wykłady z logiki prof. Klemensa Szaniawskiego). Nikt jednak, zupełnie nikt nie pomógł mi uświadomić sobie kim jestem i po co żyję. Owszem, chodziłam na lekcje religii, które odbywały się w salkach katechetycznych przy kościele, ale tam więcej było troski o ziemskie, niż o duchowe. Tak powstał chaos w mojej głowie, spychany na bok przez młodość, wydarzenia i prozę życia. Kiedyś musiało to wyleźć na wierzch. Zakręt życiowy temu sprzyjał.
Gdy teraz o tym piszę, to bardzo cieszę się, że byłam tak bardzo nieszczęśliwa, bo musiałam ruszyć w tę drogę...zaraz, zaraz, wcale nie musiałam, wielu ludzi tkwi w swoim chaosie i nawet mości się w nim coraz głębiej...mnie to dało impuls do zadania sobie pytania: dlaczego moje życie tak wygląda?
Do tej pory szukam odpowiedzi. Wiem już sporo, umiem okiełznać lęki, mam wiele szufladek uporządkowanych, ale cały czas jestem w drodze...i bardzo mnie to cieszy:)